Jako chrześcijanin czułem się niezwykle dumny z faktu przynależności do wspólnoty chrześcijańskiej. Byłem wierzącym człowiekiem i wszystko wydawało się jasne. Jednak pewnego dnia zacząłem się zastanawiać, dlaczego jestem chrześcijaninem.
Odpowiedź na to pytanie jawiła się jako oczywista – jestem chrześcijaninem, bo moi rodzice są chrześcijanami, dziadkowie też byli, sąsiedzi i znajomi również. Gdybym urodził się na przykład w Turcji, pewnie byłbym wyznawcą islamu. Gdybym urodził się w Indiach, prawdopodobnie byłbym wyznawcą hinduizmu. Wniosek był prosty – jestem chrześcijaninem, bo urodziłem się w Polsce w rodzinie chrześcijańskiej.
Ta myśl zaskoczyła mnie, a jednocześnie skłoniła do refleksji. Zadałem sobie pytanie, czy nie ma innego powodu mojego bycia chrześcijaninem. Może jest nim na przykład moja miłość do Boga? Z przerażeniem uświadomiłem sobie jednak, że choć Boga kocham, to tak naprawdę Go nie znam, a nawet się Go boję. Nie miałem w ogóle pewności, czy będę zbawiony.
Chodziłem do kościoła, ponieważ traktowałem to jako chrześcijański obowiązek. Nawet czułem się nieco lepiej z tego powodu, ale przestało mi to wystarczać. Zapragnąłem czegoś więcej – przede wszystkim odpowiedzi na pytanie: dlaczego jestem chrześcijaninem? Zatęskniłem za relacją z Jezusem – za życiem opartym na osobistej łączności z Bogiem.
Czytaj więcej…